P: Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu.
R: Panie, pośpiesz ku ratunkowi memu.
P: Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu,
R: Jak była na początku teraz i zawsze i na wieki wieków. Amen.
Na dużych paciorkach:
P: Pokłońmy się Jezusowi Chrystusowi, Synowi Bożemu,
R: który był posłuszny Maryi i Józefowi świętemu.
Na małych paciorkach:
P: Jezu, Maryjo, Józefie
R: oświecajcie nas, dopomagajcie nam, ratujcie nas.
Na zakończenie:
Chwała Ojcu i Synowi ...
Wbrew pozorom odpowiedź dziecka była myśląca, świadczyła o wrodzonej inteligencji. Odpowiedź bowiem trafiała dokładnie w profil pytania, w którym słowem sterującym było słowo <potrzebny>, a więc jakaś <potrzeba>, którą można i należy naukowo i empirycznie uzasadnić, jednak w podtekście tego krótkiego dialogu pojawia się głębsza płaszczyzna ideologiczna, zdradzająca rozpowszechniony w naszej kulturze model myślenia nasycony utylitaryzmem. Ta filozofia utylitaryzmu wymyślona przez pozytywistów, każe wszystko oceniać pod kątem zamierzonych i oczekiwanych korzyści. Ta filozofia nie przyjmuje do wiadomości istnienia takich wartości, które są absolutne, to znaczy tłumaczą się same przez się i nie dają się podporządkować schematowi utylitaryzmu, a więc nie dają się oceniać wedle kryteriów korzyści. Taką wartością, nie dającą się przeliczyć na sumę jakichkolwiek korzyści, jest człowiek, taką wartością jest rodzina. Wartość człowieka znajduje się na całkowicie innej płaszczyźnie: jego wartość mierzy się skalą Miłości, jaką objawia wobec niego i przez niego sam Bóg Stwórca i Odkupiciel. Wartość człowieka wynika z ceny, jaką za niego zapłacił Chrystus. A jest to cena nieskończonej wartości: cena ofiary z życia Syna Bożego.
Specjaliści od nauk społecznych i ekonomicznych zadają sobie także pytanie o to, jaką wartość ma rodzina, po co jest rodzina, co daje rodzina społeczeństwu? Niektórzy sądzą, że rodzina jest sprawą prywatną i służy jedynie zaspokojeniu emocjonalnych potrzeb tych ludzi, którzy z jakichś irracjonalnych powodów zdecydowali się założyć rodzinę i ciągną ten „kierat" cierpliwie i z heroizmem, nie mając stąd żadnych innych korzyści. Inni próbują uzasadnić, że rodzina jednak jest pożyteczna, ponieważ jest źródłem niezwykle cennego kapitału społecznego i ekonomicznego; co niektórym udało się nawet za to odkrycie uzyskać nagrodę Nobla. Jest to jakaś nobilitacja i apologia rodziny wobec świata politycznego, ale jest to nadal zepchnięcie wartości rodziny na płaszczyznę filozofii kapitału. Rodzina jest tu pojmowana jako jedno ze źródeł społecznego bogactwa, a więc istnieje „w funkcji" pomnażania zasobów doczesnych, utylitarnych, wymiennych w oparciu o miarę równowartości.
Tę filozofię, mimo cennych walorów jakie w niej tkwią, czeka zbliżający się szybko kryzys, ponieważ, jak wykazują różne aktualne statystyki, coraz mniej ludzi ma ochotę zakładać rodzinę by pomnażać społeczny kapitał i decydują się na życie „w pojedynkę" (single), czyli w dowolnych formach „partnerstwa", bez jakichkolwiek zobowiązań o charakterze małżeńsko-rodzinnym. W niektórych krajach liczba tych osób nie decydujących się na małżeństwo sięga 50 procent potencjalnych kandydatów do Życia W rodzinie. Społeczeństwo więc w wyraźny sposób odrzuca rodzinę jako charakterystyczny dla człowieka styl życia. Zjawisku temu towarzyszy proces głębokiego zamieszania pojęciowego i moralnego, czego przejawem są próby ustanawiania mocą prawa państwowego takich form „zaspokajania potrzeb emocjonalnych", głównie seksualnych, które rodziną nie są i
wiem formy życia charakterystyczne nie dla człowieka, lecz dla istot pozbawionych rozumu. Może się więc ten proces posunąć do tego poziomu, że nie tylko rodzina nie będzie nikomu potrzebna, ale nawet człowiek nie będzie nikomu potrzebny. Ale w takim razie świat stworzony nie będzie też nikomu potrzebny. Uczeni na uniwersytecie w Chicago maja specjalny zegar, na którym obliczają, ile jeszcze czasu zostaje do momentu, kiedy ten świat, na którym człowiek coraz bardziej się „szarogęsi" nie liczqc się z Bogiem, przestanie po prostu istnieć.
Kościół w swoim nauczaniu odrzuca stanowczo filozofię utylitaryzmu i wszelka postawę moralna jaka z tej filozofii wynika, czyli hedonizm i egoizm, prowadzący do posługiwania się człowiekiem jako Środkiem do celu. Wiele uwagi poświęcił temu zagadnieniu Karol Wojtyła, także w swoim okresie papieskiego posługiwania i nauczania. Obecnie jego naukę kontynuują i rozwijają ośrodki naukowe, które jemu zawdzięczają istnienie lub inspirację filozoficzną. Jednym z kontynuatorów tego nauczania jest kard. Carlo Cafar-ra, obecnie arcybiskup Bolonii. Wygłosił on w dniu 16 lutego 2007 znakomity referat na konferencji poświęconej zagadnieniu „Rodzina ludzka a dobro wspólne". Kardynał skrytykował współczesną tendencję do promowania wyłącznie indywidualnej podmiotowości i popierania jedynie prywatnego dobra i prywatnej korzyści. Taka filozofia neguje istnienie obiektywnego dobra osoby, a przede wszystkim istnienie dobra wspólnego i tym samym uderza w rodzinę. Rodzina nie może się ostać w takim systemie społecznym, w którym wszystko jest podporządkowane zasadzie wymiany ekonomicznej i „równowartości".
Istota rodziny jest więź miłości absolutnie bezinteresownej, która nie da się przeliczyć na jakiekolwiek wartości wymierne. „Rodzące się dziecko jest otoczone miłością nie ze względu na spodziewane korzyści. Starzec w rodzinie jest otaczany opieką, pomimo iż nie jest już „produktywny"; osoba chora w rodzinie nie jest przez to odrzucono". Po prostu istota rodziny polega na tym, że człowiek w rodzinie jest afirmowany „dla niego samego", na podobieństwo Boga, który stwarzając człowieka, czyli obdarzając go istnieniem i niepojętą godnością człowieczeństwa, czyniąc go osobą - czyni to „dla niego samego", jak to głosi Konstytucja Guudium et spes w paragrafie 24, często komentowanym przez Jana Pawła II.
Tylko dzięki tej bezwarunkowej afirmacji, objawiającej miłość samego Boga, osoba w rodzinie może się rozwijać w sposób odpowiadający jej godności i powołaniu. Dlatego kardynał Cafarra przypomina to, co w nauce Kościoła na temat rodziny jest już mocno ugruntowane, że mianowicie „rodzino stanowi pierwszą i oryginalną szkołę uspołecznienia osoby, włączając ją we wspólnotę, której zasadą jest afirmacja każdej osoby dla niej samej, a nie ze względu na pełnioną przez nią funkcję". Fundamentem tej wspólnoty jest przymierze małżeńskie mężczyzny i kobiety oparte na „miłości, wierności i zasadzie czci", - co wyraża właśnie formuła przysięgi małżeńskiej. Kardynał podkreśla to, co Jan Paweł II w Liście do Rodzin, kiedy pisze, że treść przysięgi małżeńskiej, wprowadzającej małżonków w przymierze z Bogiem - Stwórcą, stanowi podstawę rozumienia i realizacji dobro wspólnego. (LdR 10). Nie można prawidłowo rozumieć dobra wspólnego (w jakimkolwiek wymiarze bytu społecznego) w oderwaniu od prawdy rodziny, w której osoby żyją w komunii opartej na bezinteresownym darze siebie. Życie społeczne albo jest rozwojem i kontynuacją podstawowych więzi międzyosobowych mających swoje źródło w rodzinie, albo jest podstawową zdradą człowieczeństwa i dobra wspólnego. Odrywając się od wzoru, którym jest rodzina i działając sprzecznie z jej duchem, życie „społeczne" staje się grą sprzecznych interesów służących zaspokojeniu prywatnych egoizmów i zdąża do ostatecznej ruiny. Społeczeństwo wtedy staje się masą całkowicie samotnych i odizolowanych od ludzkości jednostek, niezdolnych do tworzenia czegoś, co zasługiwałoby na miano „dobra wspólnego".
Amerykański publicysta Thomas Brewton, zwraca uwagę na fakt, że życie nowoczesne prowadzi do coraz głębszej izolacji międzyosobowej. Dzieje się tak - w sposób paradoksalny - pomimo faktu, że jesteśmy świadkami imponującego rozwoju technologii komunikacji: ta izolacja pogłębia się pomimo nawału informacji. Brakuje osobowego kontaktu, brakuje więzi wspólnotowej, która mogłaby jednostce dać poczucie przynależności i - dzięki temu - sens życia. W dzisiejszym świecie rządzi mit liberalno-socja-listycznego postępu. Ale w tym paradygmacie świat jest pozbawiony sensu. Darwi-nizm wmówił w ludzi, że człowiek jest przypadkowym produktem materialnych sił działających na prawie doboru. Darwinowska ewolucja wprowadza rozdźwięk między istnienie i myśl, a więc odrzuca znaczenie przenikające byt. Człowiek - w tej koncepcji - nie jest stworzony na obraz Boży; „człowiek się przydarzył". W gruncie rzeczy jesteśmy tylko trochę bardziej rozwiniętymi małpami. Zwolennik Darwina Thomas Huxley twierdził, że w świecie, w którym żyjemy, nie ma grzechu, nie ma dobra i zła, jest tylko walka o przetrwanie. W opozycji do tej materialistycznej wizji życia stoi Objawienie, które pokazuje, jak Bóg usiłuje od początku jednoczyć ludzi jako Swoje dzieci, aby stworzyć wspólnotę, któro żyje prawdą Jego Słowa i Miłości. Brewton na początku swych rozważań przytacza interesujące, stare przysłowie żydowskie, które brzmi: „My wszyscy możemy stać się poszczególnymi literami alfabetu, albo częścią większego znaczenia".
Oznacza to, że wspólnie możemy wyrażać sobą pewien głębszy sens, który Bóg sam zapisał w naszym stworzonym bycie, o ile zjednoczymy się w prawdzie Obrazu Bożego. Rodzina właśnie została stworzona na Obraz Trójcy Przenajświętszej i tylko przeżywając Miłość, jaka łączy Syna Bożego z Jego Ojcem Niebieskim, możemy zrozumieć, no czym polega to, że stajemy się jednością, czyli rodziną dzieci Bożych.
Bóg, stwarzając nas, wpisał w nasze istnienie sens, którym jest Miłość. Ale ten sens stanie się w pełni naszym wewnętrznym wyposażeniem, o ile zaczniemy działać w duchu tej Miłości, tworząc owo dobro wspólne, polegające na tym, że wszyscy, tworzący rodzinę, dzielą się wzajemnie wszelkim bogactwem, jakie otrzymali z rąk Bożych i wtedy to dobro, które czynią, czyni ich samych dobrymi. Będzie to dobro, którego nie można ani kupić ani sprzedać, ale takie, które pozwala wszystkim zobaczyć Boga mieszkającego w pośrodku swego ludu, w sercu Rodziny.
Ks. prof. Jerzy Bajda