REFERAT RODZIN POLSKIEJ PROWINCJI MISJONARZY ŚWIĘTEJ RODZINY

REFERAT RODZIN POLSKIEJ PROWINCJI MISJONARZY ŚWIĘTEJ RODZINY

REFERAT RODZIN POLSKIEJ PROWINCJI
MISJONARZY ŚWIĘTEJ RODZINY

KORONKA DO ŚWIĘTEJ RODZINY (DO ODMAWIANIA NA RÓŻAŃCU - 5 DZIESIĄTEK)

 P: Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu.

R: Panie, pośpiesz ku ratunkowi memu.

P: Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu,

R: Jak była na początku teraz i zawsze i na wieki wieków. Amen.


Na dużych paciorkach:

P: Pokłońmy się Jezusowi Chrystusowi, Synowi Bożemu,

R: który był posłuszny Maryi i Józefowi świętemu.

 
Na małych paciorkach:

P: Jezu, Maryjo, Józefie

R: oświecajcie nas, dopomagajcie nam, ratujcie nas.


Na zakończenie:

Chwała Ojcu i Synowi ...

AKTUALNOŚCI

Problemy małżeńskie

2010-01-09

Często zakładamy, że życie powinno nam minąć bez żadnych prób czy trudności. Nasz Pan tak tego, jednak, nie wymyślił, powiedział za to: „świat będzie was uciskał” (J 16,33). Nawet, kiedy wstępujemy do królestwa miłości, jakim jest małżeństwo, napotkamy tam rozmaite próby i trudności, czym zajmiemy się w dzisiejszym nauczaniu. Spróbujemy stworzyć „podręcznik”, jak postępować w razie kłopotów w małżeństwie. Problemy małżeńskie podzielmy na dwie ogólne sytuacje: pierwszą, kiedy małżeństwo zaczyna nużyć i drugą, – kiedy nasz współmałżonek staje się, jak to czasem mówimy, niemożliwy.

Najpierw, kiedy małżeństwo zaczyna nużyć. Dzieje się tak, ponieważ wszystko w życiu po jakimś czasie wywołuje znudzenie. Miłość nie trwa nieskończenie jako jedno wielkie uniesienie, chociażby z tego powodu, że ciało, jako środek w małżeńskiej miłości, podlega cielesnej ułomności. Przyzwyczaja się do uczucia. Życie mija i do uzyskania podobnych doznań trzeba coraz mocniejszych bodźców. Oko szybko przyzwyczaja się do piękna, palce do dotyku bliskiej osoby. Chwile intymności, kiedyś tak pożądane, czasem mogą stać się wręcz ciężarem. Istnieją takie uczucia, jak: „chcę być teraz sam (sama)”, „chyba pójdę do mamy”. Nagle z oczu spadają różowe okulary, w kuchni mnożą się rachunki i nadchodzi niebezpieczeństwo utraty miłości. Sam nawyk kochania staje się nudny, bo jest nawykiem, a nie przygodą. Nie można też wykluczyć pragnienia związania się z kimś nowym. Następnie, wraz z przyjściem na świat dzieci, pojawiają się liczne wypadki i choroby.  Wszystko to sprowadza nas z chmur na ziemię, do bardzo realistycznych wizyt w pokoju dziecinnym i prędzej czy później życie uczuciowe, emocjonalne zderza się z pytaniami: „Czy miłość to pułapka, [jakaś] iluzja? Czy obiecuje to, czego dać nie może? Myślałem (myślałam), że czeka mnie pełnia szczęścia, a tymczasem skończyło się na rutynie.”

W takiej sytuacji ci, którzy miłość uważają za wynik ewolucji, a nie dar Boży, fałszywie zaczynają wierzyć, że inny partner mógłby im zapewnić to, czego w obecnym związku brakuje. To błędne rozumowanie, ponieważ nie uwzględnia źródła pustki, którym nie jest małżonek, a życie samo w sobie. Czujemy pustkę, ponieważ nasze serce zostało stworzone do nieskończonej miłości i tylko nieskończoność może je zaspokoić. Początkowe uniesienie miłosne było darem, które w przyszłości miało przypominać małżonkom, że miłość to dar z nieba i tylko wspólnie krocząc ku niebu zdołają odkryć jej nieskończony wymiar.

Pamiętacie, jak nasz Pan, kiedy rozmnożył chleb w Kafarnaum, później mówił do tych, którzy się nim pożywili, o Eucharystii, chlebie wiecznego życia – Jego samego? Jezus chleba, którym wypełnił im żołądki, używał jako rodzaju przynęty, aby zainteresowali się chlebem życia – Eucharystią. Tak też ludzka miłość, którą daruje nam Bóg, jest rodzajem przynęty, takim boskim przynagleniem, abyśmy szukali płomienia, tj. naszego Boga.

Kiedy w małżeńskie życie zaczyna nużyć, nieprawdą jest, że dotarliście na dno życia, bo dotarliście tylko na dno własnego ego. Te obydwie rzeczywistości dzieli cała przepaść. Mogliście spaść nie na dno swojej duszy, a na dno instynktu, nie na dno umysłu, a na dno życia emocjonalnego. Próby wytrwałości to tylko zsyłany przez Pana kontakt z rzeczywistością. Jeżeli życie przebiegałoby bez szoku rozczarowania, czy ktokolwiek osiągnąłby pełnię szczęścia, czy ktokolwiek pragnąłby Boga? Gdyby nie te bodźce popychające do poszukiwań miłości doskonałej, większość ludzi zadowoliłaby się miernością. Żołędzie nie chcą być tylko podrostami. Dzieci muszą dojrzeć, tak jak i nasza miłość. Dlatego, nasz Pan coś przed nami zatrzymuje – zatrzymuje siebie w wieczności. Jeżeli nie robiłby tego, nigdy nie posunęlibyśmy się do przodu, dlatego, od czasu do czasu, pozwala nam zderzyć się ze ścianą.

W chwilach podobnego kryzysu zaczynamy wchodzić w jakiś stan beznadziei. Przygniata nas poczucie pustki, samotności. Kiedy, jednak, prawidłowo ocenimy sytuację, zobaczymy, że życie to tylko przedsionek do wieczności. Kryzys i poczucie pustki wynikają ze zderzenia wyidealizowanego wyobrażenia i rzeczywistości, miłości rozumianej tak jak chciałoby ją widzieć nasze ego i miłości, jaką jest ona naprawdę. Nie, miłość to nie pułapka. Bóg sobie z nas nie drwi. Nie trzeba tez myśleć, że poczucie pustki i znużenie, jakie nachodzą życie małżeńskie, to problemy pojawiające się wyłącznie w tej sferze. To samo zdarza się i w życiu duchowym. My wszyscy, którzy oddani jesteśmy Bogu jako księża, zakonnicy i zakonnice itd. – nas wszystkich [w pewnym momencie] dosięga kryzys. Modlitwa staje się nużącą formalnością, istnieje też niebezpieczeństwo, że możemy przyzwyczaić się do dotyku chleba życia. Msza św. odprawiana czterdzieści lat po święceniach nie ekscytuje tak samo, jak pierwsza odprawiona msza. Wizytując chorych pięćdziesiąt lat po święceniach, można nie odnaleźć w sobie podobnego uniesienia, co podczas pierwszego wezwania do chorego. I zakonnica, która katechizuje już trzydzieści czy czterdzieści lat, musi uciekać się do dodatkowej modlitwy, aby swoich uczniów widzieć jako tych, których Pan postawił na jej drodze. Trudniej przychodzi nam medytacja, dziękczynienie po mszy św. może stawać się coraz krótsze. Widzicie, więc, że osoby duchowne też mają swoje problemy, problemy związane z miłością.

Jak mogę więcej kochać, jak mogę lepiej się modlić, jak mogę bardziej zjednoczyć się z Panem? Odpowiedzią są poświęcenia. I ponieważ nie zajmujemy się tu rozwojem życia duchowego, a rozwojem miłości małżeńskiej, wróćmy do kwestii małżeńskich. Tu powiedzieć możemy, że tak samo, jak w sferze duchowej istnieje zjawisko nocy ciemnej w duszy, tak też w małżeństwie istnieje noc ciemna ciała. I jak podczas nocy ciemnej w duszy, aby głębiej wejść w miłość, potrzebujemy oczyszczenia poprzez zaparcie się samego siebie, podobnie jest i w małżeństwie. Kiedy tylko pojawia się niezadowolenie, Pan mąci wody duszy. Przypomina nam, że idealnej miłości, której tak pragniemy, nie znajdziemy na ziemi, [dopiero] do niej zdążamy. Samica orła wyrzuca swoje młode z gniazda, żeby nauczyło się latać, podobnie Pan w chwilach próby daje nam skrzydła, abyśmy mogli pokonać nasze słabości. Pustynia w życiu duchowym czy małżeńskim może prowadzić zarówno do zbawienia, jak i do potępienia – zależy, co z nią zrobimy. Są dwa rodzaje pustyń: taka, która pokryta jest zgnilizną – to pustynia miłości bez Boga, i pustynia kwitnąca, – kiedy przechodzimy przez ogień i żar poświęcenia. Dlatego w momentach znużenia i poczucia pustki na nowo w swoje życie należy wprowadzić pojęcie wieczności. Istnieje, jednak, pewna różnica: w chwilach uczucia romantycznego, wieczność odnosiła się do trwałości ego w miłości, zawierała się w miłosnej wytrwałości ego. W kryzysie połączonym z pustką i [ogólnym] znużeniem, element wieczny to Bóg, nie ego. Wtedy miłość mówi: „Będę cię kochać zawsze, bo przez wzgląd na Boga mogę cię kochać przez wieki”.

Widzicie, zatem, że miłość, która z początku niosła przyjemność i samozaspokojenie, zmienia się w miłość przez wzgląd na Boga. Druga osoba jest już mniej warunkiem koniecznym namiętności, a bardziej partnerem duszy. Nasz Pan powiedział, ze ziarno przyniesie obfity plon jedynie wtedy, kiedy wpadłszy w ziemię, obumrze. Nie można odrodzić się do nowego życia, uprzednio nie umierając w starym. Serce, podobnie jak planety, porusza się według określonych cykli, a torem jego ruchu jest wznosząca się spirala, a nie zachodzące na siebie koło. Kryzys i poczucie pustki, jakie przychodzą po [początkowym] spełnieniu idealistycznych marzeń, potrzebują oczyszczenia i krzyża - krzyża, który nie jest [wcale] blokadą na drodze do szczęścia, a drabiną, po której można się wspiąć do samego nieba miłości.

Dlatego też nie ma po co biegać po analizę własnych stanów psychicznych, jedynie dlatego, że życie nas nudzi. Pracujcie nad miłością do Boga, zacznijcie patrzeć na współmałżonka jako na dar od Boga, a miłość przestanie być nieciekawa. Wtedy zobaczymy, jak każdy człowiek skąpany będzie w pięknie Bożej miłości.

 

W tym miejscu dochodzimy do drugiej sfery problemów w małżeństwie, tj., kiedy małżeństwo staje się krzyżem i,jak mawiają niektórzy, jest niemożliwe do wytrzymania. Cóż, małżeństwo zawieramy na dobre i na złe. Czasami przychodzi trudny czas i tym się teraz zajmiemy. Przypuśćmy, zatem, że jedno z małżonków zostaje inwalidą lub rozwija w sobie cechy aspołeczne, pije, jest okrutne, niewierne, apodyktyczne, tyranizuje męża czy żonę. Co wtedy? Mówiliśmy już, że na drugiego człowieka należy patrzeć jako na dar od Boga – dary Boże czasem są słodkie, a czasem gorzkie. Ale niezależnie od tego, czy druga osoba będzie słodka i miła czy zgorzkniała, chora czy zdrowa, młoda czy stara, wciąż jest [dla nas] darem Bożym. Jeżeli jesteśmy samolubni, będziemy chcieli pozbyć się współmałżonka. Dlaczego? Bo stanie się ciężarem. Jeżeli jesteśmy chrześcijanami, przyjmujemy ciężar tak, jakby pochodził od samego Boga. Św. Paweł powiedział: „Dźwigajcie jedni drugich ciężary, a w ten sposób wypełnicie prawo Chrystusa” (Ga 6,2). Teraz, możecie się sprzeciwić i odpowiedzieć: „Bóg nigdy nie zamierzał, aby człowiek przezywał takie trudności”. Ależ oczywiście, że zamierzał! Czy nasz umiłowany Pan nie powiedział: „Kto chce iść ze Mną, niech wyrzecze się samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech postępuje jak Ja.. Kto chciałby zachować swoje życie, straci je. A kto straciłby swoje życie dla Mnie, odzyska je” (Mt 16,24-25)? Wszyscy chcielibyśmy mieć krzyże szyte na miarę, tzn. chętnie przyjmiemy pewne umartwienia i zrezygnujemy trochę z siebie, jeżeli sami będziemy mogli wybrać swoją ofiarę. Jak zły mąż czy zła żona, mówimy: „O, nie! Ja nie mogę wziąć tego krzyża.” Dlaczego nie możemy zrozumieć, że podobnie jak dla kogoś choroba, tak dla męża i żony nieszczęśliwe chwile w małżeństwie mogą być próbą zesłaną przez Boga dla duchowego doskonalenia małżonków. W końcu, przecież, wiele z naszych duchowych zdolności w ogóle by się nie rozwinęło bez gorzkich pigułek ofiarowanych nam przez Pana. Takie małżeństwo rzeczywiście może stać się udręką, nie pozbawi, jednak, życia honoru czy duszy pokoju. Zgoda na podobne próby w małżeństwie nie jest, jak sądzą niektórzy, wyrokiem śmierci. Żołnierz, który przysięga służbę swojemu krajowi, nie zostaje skazany na śmierć, choć przyznaje, że woli umrzeć niż stracić honor. Nieszczęśliwe małżeństwo nie oznacza nieszczęśliwego życia [już na zawsze]. Można je pojmować raczej w kategoriach szlachetnej tragedii, której bohater woli raczej przyjmować niespodziewane razy losu niż złamać przysięgę daną żywemu Bogu. Jeżeli szlachetnym jest odnosić rany za ukochany kraj, czyż nie szlachetniej jeszcze cierpieć jest dla Boga?

Jest poza tym wszystkim jeszcze bardzo ważny wers z listu św. Pawła do Koryntian, o którym mało kto pamięta: „Mąż niewierzący zostaje bowiem uświęcony przez żonę, a żona niewierząca przez brata” (1Kor 7,14). Innymi słowy, cnoty, cierpienie, modlitwa, łagodność i cierpliwość jednego przenika również i drugiego. Jeżeli np. małżonek, który jest alkoholikiem, zachorowałby, czy nie zajęlibyście się nim? Załóżmy, że dostałby zapalenia płuc lub zawału serca, czy zostawilibyście go? Jeżeli, więc, współmałżonek cierpi na moralny atak serca, czy powinien zostać opuszczony? A przez moralny atak serca rozumiem popełnienie jakiegokolwiek z grzechów, które tak bardzo utrudniają życie małżeńskie. Jeżeli możliwa jest transfuzja krwi zdrowego członka społeczeństwa do chorego członka tego społeczeństwa, dlaczego niemożliwy miałby być przepływ uświęcenia? Żona może odkupić swego męża, a mąż swoją żonę. Istnieje duchowa komunikacja, która nie przynosi zbyt wiele uczuciowej satysfakcji, jej korzyści są jednak wieczne. Wiele mężów i żon dowie się w dniu sądu, że mimo swoich licznych niewierności i zdrad, zostali zbawieni dzięki wiernemu małżonkowi, który nigdy nie ustał w modlitwie o ich zbawienie.

Opowiem wam teraz historię, która będzie doskonałym przykładem, jak cnoty jednego małżonka przenikają drugiego.Na przełomie XIX i XX w. w Paryżu pewna zwyczajna dobra katoliczka wyszła za mąż za niewierzącego lekarza nazwiskiem Liser. Doktor obiecał szanować wiarę Kościoła, w którym się pobrali, jednak tuz po ślubie złamał obietnicę. Został redaktorem naczelnym paryskiej antyklerykalnej, ateistycznej gazety. Jego żona w reakcji postanowiła kształcić się w wierze i zaczęła kompletować apologetyczną biblioteczkę, podczas kiedy on w tym samym domu gromadził książki ateistyczne. Żona doktora Liser, umierając w maju 1905 r., powiedziała mężowi: „Feliksie, kiedy umrę, zostaniesz katolikiem i kapłanem dominikańskim”. Lekarz odpowiedział na to: „Elisabeth, znasz moje przekonania. Poprzysiągłem nienawiść do Kościoła katolickiego i do Boga, będę żył w tej nienawiści i w niej umrę.” Elisabeth jeszcze raz powtórzyła swoje słowa i umarła.Doktor Liser, przekładając papiery żony, natrafił na jej testament. Przeczytał w nim, że w 1905 r. jego lekarza poprosiła Wszechmogącego, aby zesłał jej wystarczająco cierpień do odkupienia duszy męża. Pani Liser dodawała także: „W dniu mojej śmierci zapłacę już całą cenę za twoją duszę, zostaniesz wykupiony i opłacony”. Żadna kobieta nie miała w sobie większej miłości od tej, która postanowiła oddać życie za swojego męża. On sam zlekceważył treść testamentu, uznając ją za wymysły pobożnej małżonki, choć bardzo ją kochał. Aby ukoić swój ból, postanowił udać się do południowej Francji. Tam zatrzymał się przed kościołem, który odwiedzała jego zona podczas podróży poślubnej. Wydawało się, jakby mówiła teraz do niego „Jedź do Lourdes”. Liser pojechał, ale przybył na miejsce jako zdeklarowany ateista, był przecież autorem książki o Lourdes, gdzie udowadniał, że tamtejsze cuda to tylko oszustwa i przesądy. Kiedy stanął, jednak, przed grotą Objawień Naszej Pani, otrzymał dar wiary tak zupełnej, tak całkowitej, że nigdy już nie musiał stawiać sobie pytań typu: „no dobrze, teraz, kiedy wierzę, jak mam poradzić sobie z tą czy inną trudnością?” Dostrzegł też wtedy w pełni głupotę i fałsz wszystkiego, w co kiedyś wierzył.Wiadomość o nawróceniu doktora Lisera była przeogromną sensacją. Ale czas mijał. W 1924 wyjechałem na rekolekcje do klasztoru dominikanów w Belgii. Codziennie cztery razy, po 45 minut każdego dnia, pobierałem nauki rekolekcyjne od o. Lisera, dominikańskiego kapłana katolickiego, który opowiedział mi tę historię. Uwierzcie mi, że nieczęsto spotyka się ojca prowadzącego, który od czasu do czasu wspomina: „Jak mówiła moja droga żona Elisabeth…” Morał tej opowieści jest taki, że nie ma na świecie miłości zupełnej i całkowitej, taką miłość znaleźć można tylko w Bogu, a poprzez miłość do Niego już tu na ziemi, zbawiamy naszego współmałżonka, złego męża czy złą żonę. Bo raz połączeni węzłem małżeńskim, jesteście jednym ciałem do końca.

Bóg z Wami

 

Tłumaczenie polskie: Justyna Łobaszewska

Prawa autorskie: @ 2008 Jan Robert Kobyłecki